|
I co z tego, że Pan Jerzy Gwiżdż podaje słuszne w swoim artykule tezy?
To bardzo pasuje jakiejś tam części społeczeństwa.
Piszę jakiejś tam, bo daje ona chętnie posłuch tego rodzaju publikacjom - tak długo dopóki sama nie jest w nich stawiana w roli mniej lub bardziej aktywnego pomocnika minionego systemu.
Wtedy szeregi pokrzykujących z aprobatą przerzedzają się znacznie.
No bo nie bez pewnej racji można używając słów Pana Paczkowskiego mówić o zjawisku społecznym.
Tym społecznym zjawiskiem (co potwierdza każdy kolejny rok) była masowa kolaboracja Polaków z wrogim im samym, obcym systemem politycznym.
Przyzwyczailiśmy się w samozadufaniu twierdzić, że Polska nigdy nie wydała Quislinga.
A przecież cała nasza historia po II wojnie, to dzieje kolejnych Quislingów z dumnego szczepu piastowego.
Przecież w kilkudziesięciomilionowym kraju nie mógłby zaistnieć i trwać żaden reżim na usługach obcych, gdyby nie znalazł wśród obywateli tego kraju chętnych (często nad wyraz) do współpracy.
Nawet w ZSRR nie istniała ani jedna republika, której cały aparat przemocy składałby się z Rosjan.
Nikt w Polsce nikogo nie zmuszał do robienia kariery zawodowego wojskowego, pracownika SB, tzw. "działacza gospodarczego". Miliony "przyzwoitych Polaków" ustawiały się w życiu, stosując zasadę pecunia non olet.
Nieliczni woleli zrezygnować z karier naukowych, stypendiów, stanowisk w gospodarce, awansu i wyjazdów w mediach - byle tylko nie skalać się hańbiącą współpracą.
W pięć lat po upadku reżimu, wolny naród (nie wiem czy zasługuje na to miano) wybrał sobie (i to dwukrotnie) na prezydenta przedstawiciela swoich własnych oprawców. Tfu! Po prostu chce się rzygać.
I jak Pan Gwiżdż wyobraża sobie w takiej sytuacji rozliczenie z przeszłością?
Garstka sprawiedliwych ma osądzić miliony ufajdanych?
To gorzkie co powiedział Pan Paczkowski, ale realistyczne. |