Szukaj wśród artykułów
  

















SUBskrypcj@
Subskrypcja BezCenzury.Net

Twój email



dowiedz się więcej >> 
 
    

NIEMCY I FRANCJA: PRZERWANY SEN O HEGEMONII

Europa tyłem do Ukrainy?
Europie Zachodniej wcale nie zależy na wolnej i silnej Ukrainie. Kunktatorska postawa Chiraca i Schroedera wobec wolnościowych aspiracji Ukraińców podszyta jest nie tylko strachem przed rosyjskim niedźwiedziem, ale przede wszystkim – lękiem przed utratą hegemonii w rozszerzonej Unii Europejskiej.

Czytaj cały artykuł

Temat: Re: Europa tyłem do Ukrainy?Od: zgredek
Odpowiedz
To mój swego rodzaju komentarz do tekstu bezcenzuery.net Ukraińskie remanenty, czyli Majdan i okolice. Po pełnych dramaturgii wyborach Ukraina ma wreszcie prezydenta. W dniu 23 stycznia nastąpiło zaprzysiężenie Wiktora Juszczenki. Od tego momentu wskazówki zegara nieubłaganie zaczęły odmierzać kwarty sprawowania władzy, a spojrzenia zwycięskiej ekipy coraz częściej trwożnie śledzić będą wskazania politycznego barometru popularności i zaufania społecznego. To ostatnie, wcześniej, bo na czas wyborów parlamentarnych w marcu 2006r., będzie szczególnie potrzebne, bowiem dopiero większość parlamentarna daje pełnię władzy w państwie. A sytuacja, w jakiej przychodzi Wiktorowi Juszczence sprawować funkcję prezydenta jest nie do pozazdroszczenia. Oprócz oczywistych wyzwań, przed którymi staje prezydent każdego kraju, Juszczenko musi uporać się z bagażem spraw i problemów specyficznych dla Ukrainy. Niektóre z nich ujawniły się ze szczególną mocą w trakcie zajadłej i nasyconej kolorytem społecznego zrywu, kampanii wyborczej. Przede wszystkim chodzi tu o skalę zaniedbań i popełnionych wynaturzeń w dotychczasowym procesie transformacji ustrojowej. Budzi przy tym zastanowienie, jak niski był stopień wykorzystania dorobku i doświadczeń sąsiedniej Polski czy chociażby niektórych dobrych wzorów rosyjskiej drogi reform. A przecież całkiem świeżo mamy jeszcze w pamięci pomocne gesty polskiego prezydenta i konkretne propozycje naszych czołowych ekonomistów, żeby tylko wspomnieć o Leszku Balcerowiczu czy Grzegorzu Kołodce i jego „Programie dla Ukrainy”. Nie mniej istotnym problemem, z którym przyjdzie zmierzyć się ekipie Wiktora Juszczenki, jest podtrzymanie procesu budzenia się ze stanu hibernacji świadomość narodowej Ukraińców, któremu początek dały znamienne wydarzenia na kijowskim Majdanie Niezałeżnosti. A bardzo to kruche i ulotne tworzywo więzi społecznych i spoiwo państwowości. Ekipie J&T nie ułatwi również zadania głębia i rozmiary regionalnych zależności gospodarczych i politycznych Ukrainy, w jakich ona tkwi od dziesiątków lat. Wreszcie – niezależne najczęściej od woli samej Ukrainy – uwikłana jest ona w grę globalnym interesów potęg tego świata. Pamiętajmy również, że ukraiński system władzy, odznaczający się niebywałym zakresem prezydenckich uprawnień spowodował, iż zakończona gra wyborcza była grą o wszystko. Każdy chwyt wyborczy, każda obietnica przekładały się przy urnach wyborczych na konkretne głosy, ale podnosiły równocześnie niebezpiecznie poprzeczkę ich spełnienia. Zwycięzcy postawili ją sobie niezwykle wysoko. Nie sposób w tym miejscu pominąć pewnej osobliwości ukraińskiej kampanii wyborów prezydenckich. Otóż przy tak wysokiej stawce i ryzyku przegranej, z całą pewnością istniała pokusa zaostrzenia rywalizacji do granicy, za którą są już ofiary. Dlaczego zatem „Pomarańczowa rewolucja” - jak przyjęło się określać ukraińskie przemiany grudniowych tygodni – jednak nie krwawi?. Zaskoczeniem też było może dla wielu, że w oczach zwolenników obu zmagających się kandydatów trudno było wówczas dostrzec ogniki walki i zapalczywości, tak charakterystyczne dla sfanatyzowanych rewolucjonistów. Objaśnienia tego fenomenu szuka się przywołując niekiedy wspomnienia polskiego Okrągłego Stołu, czeskiej „Aksamitnej Rewolucji” czy pokojowego zburzenia muru berlińskiego. To absolutnie bałamutne porównania. Po pierwsze, ukraińskie wydarzenia nie kwalifikują się w żadnym stopniu do miana „rewolucji”. Nawet zupełnie przeciętna wiedza o istocie przemian społecznych i ustrojowych wystarcza, aby pojąć, że mamy do czynienia z nieco innym zjawiskiem. Użyte słownictwo to tylko zręczny chwyt medialny z pogranicza spotu reklamowego. Po drugie, doświadczenia i pamięć narodu ukraińskiego wyniesione z walki z systemem nijak się mają do zmagań Czechów czy Polaków. By nastała „Aksamitna Rewolucja” i Wacław Havel, musiał być wcześniej 1968r. i Aleksander Dubczek. W Polsce, długą drogę do swobody (i nawarstwiającej się mądrości narodu) mościły Październik1956, grudzień 1970r i Sierpień 1980r. Przyczyn, dla których ukraiński kocioł nie wybuchnął, szukać należy zatem gdzie indziej. Złożoność ukraińskiej rzeczywistości potęguje także, pojawiająca się coraz częściej, nieprzewidywalność układu sił w obecnym ukraińskim parlamencie. Przy czym nie chodzi tu tylko o polityczne manewry i związane z nimi nieustanne przemieszczanie się posłów czy całych grup, z jednej strony sceny politycznej na druga, ale także o zgodne z ukraińskim prawem zmiany personalne w składach klubów parlamentarnych. Te ostatnie wynikają z konstytucyjnego nakazu rezygnacji posła z mandatu w przypadku, gdy zostanie on powołany do pełnienia jakiejkolwiek funkcji we władzy wykonawczej. Z poselskich ław ubędą zatem nie tylko Wiktor Juszczenko, Julia Tymoszenko, Piotr Poroszenko, Aleksander Zinczenko, ale także spora liczba członków dotychczasowej opozycyjnej elity. Jaka będzie kondycja polityczna i intelektualna ich następców, których swego czasu obsadzono na „miejscach niemandatowych”? Ponadto, w przypadku gdy mandat pochodził z wyborów większościowych, konieczne będzie rozpisanie wyborów uzupełniających. Ich wynik nie jest zaś sprawą przesądzoną. Niewątpliwie najwięcej zmian (i niewiadomych) czeka partię Wiktora Juszczenki - „Naszą Ukrainę”. Czy w okresie, który pozostał do nowych wyborów w marcu 2006r. ukraiński parlament będzie sojusznikiem nowego prezydenta, czy też „hamulcowym” jego reformatorskich poczynań? Jak potoczą się zatem wydarzenia na Ukrainie? Pewien pogląd na tą sprawę może dać analiza tak przeszłych, jak i obecnych zachowaniach niektórych znaczących graczy na ukraińskiej arenie. Przy czym - co widać przysłowiowym „gołym okiem” - wektory ich celów i zachowań politycznych na ogół zorientowane są różnie i nie zawsze bywają przepojone troską o los samych Ukraińców. Teraz albo nigdy To jeden z zasadniczych motywów rządzących sposobem prowadzenia całej kampanii prezydenckiej przez ekipę Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko. Trafem, to także fragment tekstu piosenki „Razom nas bagato, nas ne podołati” śpiewanej przez wielotysięczne tłumy zbierające się dzień w dzień na kijowskim Majdanie. Wszyscy mieli świadomość, iż podobnej, jak była, szansy sięgnięcia po władzę team J&T nigdy już prawdopodobnie nie otrzyma. Złożyło się na to kilka sprzyjających okoliczności. Po pierwsze, daleko posunięta erozja niedawnej jedności ekipy Kuczmy uczyniła ją skorą do kompromisów jak nigdy dotąd. Po drugie, od pewnego momentu rozwoju wydarzeń zjawisku temu zaczęło towarzyszyć poparcie i sympatia społeczności międzynarodowej oraz, niespodziewane dla wielu, rozbudzenie obywatelskich i narodowych postaw samych Ukraińców. I jeśli coś miało się udać, to tylko w tym czasie. Sądzić należy, że przystanie grupy parlamentarnej związanej z Juszczenką na propozycję zreformowania konstytucji, wyraźnie przecież ograniczającej dotychczasową przeogromną władzę prezydenta, było pośrednim dowodem takiej właśnie oceny sytuacji. Wiktor Juszczenko odstąpił pragmatycznie od dewizy „wszystko albo nic” i - by nie przeciągać niebezpiecznie struny - gotów był zasiąść na fotelu prezydenckim, nawet w charakterze tylko mocno dekoracyjnej figury. Tyle, że nie od zaraz, a dopiero po wejściu w życie nowych rozwiązań konstytucyjnych. A do tego czasu – jak pewnie założono - wiele można zmienić i wiele może się zdarzyć. Był ( i jest) jeszcze jeden ważny aspekt sprawy związany z „pomarańczową rewolucją”, a mianowicie - osoby jej przywódców. Ostrożność nakazuje, by popatrzeć nań mniej rozentuzjazmowanym okiem. Droga życiowa Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko jest dostatecznie dobrze znana i opisana. Ale są fragmenty ich biografii, na które warto może zwrócić nieco większą uwagę. Przede wszystkim przypomnijmy, że oboje otarli się o władzę na Ukrainie. I zawdzięczają to Leonidowi Kuczmie. Juszczenko był prezesem Banku Centralnego i premierem, a Julia Tymoszenko wicepremierem i ministrem ds. energetyki. W państwie znajdującym się w początkowej fazie transformacji ustrojowej to jedne z kluczowych pozycji. Nie sposób dziś dociec jakie przesłanki leżały u podstaw ówczesnych kadrowych decyzji Leonida Kuczmy, zarówno gdy powoływał jak i odwoływał ze stanowisk obecnych liderów opozycji. Jednego można być pewnym, to nie były króliki przypadkowo wyciągnięte z kapelusza. Nie zostaje się szefem rządu czy jego zastępcą ot tak, ni stąd ni zowąd. Albo ktoś jest już na tyle znaczącą osobowością polityczną, że dobrze jest mieć ją po swojej stronie, albo sposobi się go na kandydata do przejęcia władzy w przyszłości. O tym, jaka jest prawda, nie dowiemy się z całą pewnością od ustępującego prezydenta. Przynajmniej nie teraz. Nie wykluczone, że pośrednią odpowiedź otrzymamy być może całkiem szybko po tym, jak rządy przejmie Juszczenko i jego ekipa. O ile lider opozycji postrzegany jest powszechnie jako człowiek o prawie nieposzlakowanej opinii, to w życiorysie Julii Tymoszenko jest jednakowoż kilka istotnych momentów nakazujących jeśli nie pewną ostrożność, to przynajmniej pamięć o tym, że miały one miejsce. Chodzi o jej działalnością biznesową w drugiej połowie lat 90, której rezultaty nie do końca są przejrzyste. Jak pisze Piotr Jendroszczyk (Rzeczpospolita, 10.12.2004r.) „Handlowała stalą, węglem, zbożem i czym się tylko dało. Towary dostarczano do Rosji, w zamian za rosyjski gaz. - Nie istniał wtedy żaden rynek, nie było żadnych ustaw regulujących działalność prywatnego biznesu - wspomina Julia Tymoszenko. (...)Współpracowała z szefem administracji obwodu dniepropietrowskiego Pawłem Łazarenko, późniejszym premierem, aresztowanym kilka lat temu za granicą”. Dziś poszukuje jej rosyjska generalna prokuratura wojskowa, a także, do niedawna, Interpol. Stawiane jej zarzuty, to m.in. próba przekupstwa rosyjskich oficerów w czasie gdy kierowała przemysłowo-finansową korporacją Jednolite Systemy Energetyczne Ukrainy. Jej droga życiowa i biznesowa jako żywo przypominają losy niektórych rosyjskich oligarchów (Bierezowskij, Gusinskij czy Chodorkowski), tyle tylko, że dwaj pierwsi uciekli za granicę przed putinowymi „rządami prawa” i w ciepłych bamboszach śledzą sytuację w Rosji, a trzeci siedzi w jednym z rosyjskich więzień, zaś „piękna Julia” postanowiła – jak twierdzą niektórzy - być może owo prawo wziąć w swoje ręce, a nie czekać aż ono ją dopadnie . Mówi się także, że rewolucjonistką została po tym, jak odebrano jej pokaźną część nagromadzonego majątku. W każdym bądź razie, jak pisze Piotr Jendroszczyk - Gdyby nie Julia, nie byłoby pomarańczowej rewolucji. To dzięki jej energii i zaangażowaniu znacznych środków finansowych utworzone zostało miasteczko namiotowe na placu Niepodległości, gdzie rozpoczęła się rewolucja. To ona organizowała żywność i ciepłą odzież dla "rewolucjonistów". Odwiedzała protestujących. Resztę czasu spędzała w podkijowskiej daczy: ustalała strategię działania . Od tego jak naprawdę zachowa się w najbliższym czasie Julia Tymoszenko będzie zależało ogromnie wiele. Jest ona w obecnym układzie niewątpliwie węzłową figurą polityczną na Ukrainie. Ten, kto będzie miał ją po swojej stronie będzie najbliższy sukcesu. Dziś stoi ona ciągle jeszcze u boku Wiktora Juszczenki, na którego wniosek ukraiński parlament w dniu 04.02.2005r. zatwierdził jej kandydaturę na stanowisko premiera rządu . Nie sądzę jednak, aby ich układ polityczny przetrwał długo. Chyba, że Julia Tymoszenko rzetelnie oczyszczona zostanie z ciążących na niej zarzutów, ograniczy swe polityczne ambicje i – jako premier rządu - oprócz postawy inkwizytora pokaże także pozytywistyczną twarz reformatora ukraińskiej rzeczywistości. Moim zdaniem graniczy to z political fiction, i sąd mój nie jest chyba odosobniony. Swoistą zagadkę w ukraińskiej układance stanowić może rola jaką będzie odgrywać w życiu politycznym Ukrainy partia „ Narodowy Sojusz UKRAIŃCY „. Zawiązali ją w styczniu br. szeregowi aktywiści „pomarańczowej rewolucji”. W dokumencie założycielskim można było przeczytać, że inicjatorami utworzenia partii stali się ci, którzy od samego początku i do ostatniego dnia byli w epicentrum rewolucyjnych wydarzeń, posiadają polityczne i organizacyjne doświadczenie i dążą do tego, aby po nowemu budować życie kraju w ogólnonarodowym przymierzu wszystkich Ukraińców. Na lidera partii wybrano Andrija Parubij. Na czas protestów przeciwko wynikom drugiej tury wyborów prezydenckich pełnił on funkcję komendanta „Ukraińskiego Domu”, gmachu w którym znajdował się sztab opozycji. Wielu uważało go wówczas za człowieka Julii Tymoszenko. Nie wykluczone, że trzon i elitę nowej partii stanowić mogą, pominięci w rozdziale funkcji i stanowisk, stronnicy Wiktora Juszczenki, którzy w ten sposób przygotowują się do udziału w wyborach parlamentarnych w 2006r. Dziś, za cel nowa partia stawia sobie, czytamy w materiałach zjazdowych – „zebranie i rozwinięcie osiągnięć „pomarańczowej rewolucji”, skierowanie jej potencjału na pogłębienie procesów społecznego i ekonomicznego rozwoju, umocnienia władzy ludu i jedności narodowej”. Logo „pomarańczowej rewolucji” i nośne hasła o rozwoju, władzy ludu oraz jedności narodowej to widomy znak, że niewątpliwie mamy tu do czynienia z profesjonalnym przejawem marketingu politycznego. Pytanie tylko, kto w ostatecznym rozrachunku spożyje jego owoce? Teraz, ale trochę inaczej Tak ułożony przez Leonida Kuczmę schemat oddawania władzy ekipie Juszczenki w zasadzie się spełnił. Gdy 08 sierpnia b.r. ukraiński parlament przytłaczającą większością głosów przyjął reformę konstytucyjną ograniczającą władzę prezydenta i zmiany w ordynacji wyborczej prawie wszyscy odetchnęli z ulgą. A najbardziej chyba ustępujący prezydent Ukrainy. Zmiany w ordynacji miały na celu zagwarantowanie przeprowadzenia 26 grudnia uczciwej powtórki II tury wyborów prezydenckich, a reforma konstytucyjna przeniosła znaczną część uprawnień prezydenta na rząd i parlament. To duży, ale i dość niespodziewany, sukces Leonida Kuczmy. Podpisując natychmiast w sali posiedzeń cały pakiet ustaw otrzymał w dodatku owację na stojąco. W 2005r. Ukraina przestanie być krajem o prezydencko-parlamentarnym systemie sprawowania władzy, w którym rola prezydenta jest nadzwyczaj duża. Teraz osnową nowego systemu będzie parlament. To nowa jakość w życiu politycznym Ukrainy, a także nowe możliwości artykułowania obywatelskich interesów oraz stanowienia i egzekwowania prawa. A jeszcze nie tak dawno wszystko zapowiadało się dla Leonida Daniłowicza źle. Przygotowywany przez rządzącą ekipę kandydat na prezydenta Wiktor Janukowycz okazał się nagle kartą przegraną. Mało tego, fałszerstwa wyborcze przypisane jego obozowi położyły się cieniem również na i tak nie najlepszej reputacji Leonida Kuczmy. Godne odejście z urzędu, z jednoczesnym zapewnieniem sobie bezpiecznej przyszłości, stanęło pod wielkim znakiem zapytania. Oddanie pełni władzy w ręce teamu Juszczenko – Tymoszenko groziło obecnemu prezydentowi i ludziom z nim związanym serią natychmiastowych restrykcji. Uszczuplenie władzy prezydenckiej tą groźbę nieco oddala bowiem w parlamencie, który musiałby legalizować ewentualne rozliczeniowe pomysły nowego prezydenta, rozkład sił jest dla Kuczmy i jego otoczenia, przynajmniej na razie, korzystny. Mimo, że do sierpnia 2005r., kiedy to podpisane ustawy wejdą w życie jest sporo czasu i wszystko może się zdarzyć, to jednak jest mało prawdopodobne, by próbowano naruszyć treść ustaleń jakie zapadły przy stole rozmów z udziałem zagranicznych negocjatorów. Poza tym, w społecznym odbiorze odchodzący prezydent zachował się na koniec całkiem przyzwoicie. To ważki politycznie argument. W dodatku, dla podtrzymania tego pozytywnego wizerunku, wykonał w styczniu 2005r. zręczne posunięcie podejmując decyzję o wycofaniu w czerwcu wojsk ukraińskich z Iraku. Ubił przy tym jeszcze jedną pieczeń, bo zdjął Juszczence z żagli wiatr sukcesu, jaki czekał by go niewątpliwie, gdyby to on właśnie, a nie Kuczma, ogłosił narodowi tą nowinę. Czy jednak to wszystko wystarczy, żeby Leonid Kuczma mógł w spokoju dożywać swych politycznych dni? Rzeczywiste jego przewiny, i w ogóle pokusa rozliczeń, traktowanych jako mechanizm skutecznego zbijania politycznego kapitału, to zbyt smakowity kąsek aby zabrakło na niego chętnych. Jeśli nie teraz, to kiedy? Tak określony czasowy pryzmat postrzegania zmian na ukraińskiej arenie bliski jest amerykańskiej polityce od całkiem niedawna. Dość bowiem niespodziewanie stało się tak, że mieliśmy oto do czynienia z wyraźnym przyspieszeniem prób materializacji geopolitycznych idei, zawartych w koncepcjach amerykańskich politologów (m.in. Zbigniewa Brzezińskiego), wyznaczających Ukrainie fundamentalną rolę w procesie budowy nowego ładu politycznego, gospodarczego i militarnego na kontynencie Eurazjatyckim, którego – przypomnijmy – węzłowym rozstrzygnięciem miałoby być osłabienie wpływów Rosji ( i jej samej). Znamienne, że - w przeciwieństwie do sytuacji jak miała miejsce gdy rozpadał się ZSRR, i z którym to faktem na początku ani świat, ani Stany Zjednoczone nie bardzo wiedziały co zrobić - teraz administracja amerykańska działała szybko i , na ogół, trafnie. Stany Zjednoczone tym razem były jakby lepiej przygotowane do rozwoju wydarzeń. Niemal natychmiastowa i ostra reakcja Colin Powella na doniesienia o rażących naruszeniach i fałszerstwach w II turze wyborów oraz podobne wypowiedzi J.W. Busha były tego dostatecznym dowodem. Można nawet było usłyszeć opinie (Siergiej Markow – rosyjski politolog ściśle związany z Kremlem w „LIBERATION”,07.12.2004r.), że - w otoczeniu Juszczenki znajduja się galicyjscy nacjonaliści i przedstawiciele ukraińskiej diaspory – ludzie w rodzaju Zbigniewa Brzezinskiego, którzy nie tyle lubią Ukrainę, co nienawidzą Rosję. Ludzi tych interesuje nie demokracja na Ukrainie, a izolacja Rosji. (...) Projekt Juszczenko – to amerykańsko – polski projekt, którego idea powinna była zaniepokoić również Unię Europejską: to koń trojański u wrót UE. Francja i Niemcy zupełnie nie mają pojęcia, co naprawdę dzieje się na Ukrainie -. Czy zatem amerykańskie zapewnienia, jak pisze Nikolas Kralew (The Washington Times, 03.12.2004r.,), że - Administracja Busha nie pozwoli, by różnice poglądów miedzy nią a Kremlem co do wyborów na Ukrainie stały się problemem w amerykańsko – rosyjskich stosunkach, mimo, że strony obwiniają się wzajemnie o „mieszanie się” w sprawy byłej radzieckiej republiki oraz, że USA nie postrzegają tego problemu w geopolitycznych kategoriach, a jedynym celem Waszyngtonu jest powstanie na Ukrainie autentycznej demokracji – są do końca szczere? Czy aby na pewno Stany Zjednoczone nie zamierzały wykorzystać obecnej sytuacji, by przyspieszyć proces dekompozycji postradzieckiego imperium? Jedno wydaje się być pewne: jeśli nawet coś takiego miało miejsce, to jest to skrzętnie skrywane, a na ocenę jego rezultatów wypadnie trochę poczekać. Obecność Colin Powella na inauguracji prezydentury Wiktora Juszczenki, podobnie jak wstrzemięźliwość Condoleezzy Rice podczas jej styczniowego pobytu w Warszawie w komentowaniu „polskiego wkładu” w rozwój wypadków na Ukrainie, niewiele wniosły do naszej wiedzy o tym, jaką postawę zajmą w najbliższym czasie Stany Zjednoczone wobec miejsca i roli Ukrainy w tej części Europy. Jednakże niektóre amerykańskie enuncjacje, na temat ewentualnego wstąpienia naszego wschodniego sąsiada do Unii Europejskiej, zdają się świadczyć o zamysłach powierzenia tejże roli „ ziemi obiecanej” dla Ukrainy. Mogłoby to w pewnym stopniu naruszyć nieco monolit rosyjskich wpływów. Czy w tej sytuacji stać będzie wreszcie Polskę, by znaleźć tu rozumne dla siebie miejsce? A może, jak dotychczas, realizowała będzie uparcie jakby nie do końca własne interesy? Ani teraz, ani nigdy Zaangażowanie się Władymira Putina po stronie obozu Leonida Kuczmy i Wiktora Janukowycza oraz początkowa reakcja na wydarzenia w Kijowie po ogłoszeniu wyników drugiej tury wyborów było najbardziej namacalnym dowodem na to, jak ważną pozycję na rosyjskie geopolitycznej szachownicy zajmuje Ukraina. Dla wnikliwych obserwatorów nie było to zaskoczeniem. Dla niektórych polityków i mediów, zwłaszcza polskich, było i, niestety, nadal jakby jest. Stąd pewnie tyle całkiem niedorzecznych niekiedy zachowań i komentarzy. A wydawałoby się, że chłodny rachunek polityczny nakazuje by dostrzec, iż powiązania Rosji z Ukrainą mają specjalny charakter. Na obszarze Wspólnoty Niepodległych Państw to centralne dla Rosji pole gospodarczej, militarnej i politycznej rywalizacji, głownie ze Stanami Zjednoczonymi. Funkcje tego związku nie ograniczają się wyłącznie do korzystnej współpracy dwustronnej, ale maja przede wszystkim znaczenie dla pozycji Rosji w układaniu się z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi w sprawach istotnych z punktu widzenia globalnej polityki i gospodarki. Wielkość wymiany handlowej, skala zaangażowania się rosyjskiego kapitału w rozwój gospodarki ukraińskiej, stan i perspektywy współpracy w przemysłach zbrojeniowym, lotniczym i kosmicznym dają dostateczne świadectwo jak głębokie są wzajemne zależności. Wspiera je niewątpliwie dominacja rosyjskich firm na rynku mediów oraz – tradycyjna, wielowiekowa – wspólnota kulturowa. Nic dziwnego zatem, że tak drażniący jest dla Rosji każdy fakt świadczący o - zewnętrznych dla tego układu - próbach rozluźnienia rosyjsko-ukraińskich związków. I – co ciekawsze, a w dodatku prawie zupełnie w Polsce nie postrzegane – Ukraina, w realnym wymiarze swej polityki, też takim próbom za bardzo nie sprzyja. Ton ten słyszalny był nie tylko w wypowiedziach Leonida Kuczmy czy Wiktora Janukowycza. W podobnym duchu wypowiadają się Wiktor Juszczenko i nowy premier - Julia Tymoszenko. Przejawem takiej właśnie postawy elit politycznych Ukrainy była mocno nagłaśniana niedawno koncepcja „budowania Europy na Ukrainie”, której realności ma przydać dalsze zbliżenie z Rosją. Nie sądzę, aby Wiktor Juszczenko całkowicie zrezygnował z tej opcji integracyjnej, dającej przecież Ukrainie szansę na godziwe warunki współpracy z Unią Europejską. I wcale nie musi to prowadzić do członkostwa w samej Unii na zasadach, które musiała zaakceptować np. Polska i pozostałe kraje przyjętej ostatnio dziesiątki. Z kolei ratyfikacja przez parlament ukraiński umowy o utworzeniu Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej (WPG), której sygnatariuszami są ponadto Rosja, Białoruś i Kazachstan, bynajmniej nie oznacza – jak chcą tego niektórzy polscy analitycy – kolejnego etapu zniewolenia Ukrainy. Jest natomiast z całą pewnością zupełnie poprawnym politycznie i gospodarczo krokiem. Pozostawanie przecież Ukrainy w „przedsionku do UE” na nie wiadomo jak długi czas, gdy w tym samym czasie inne kraje byłego Związku Radzieckiego będą się integrować, naraziłoby ją na marginalizację i ogromne problemy gospodarcze, polityczne oraz społeczne. Czyż pierwsza oficjalna wizyta, jaką złożył 24 stycznia br. nowy prezydent Ukrainy właśnie na Kremlu, nie wnosi pewnej symboliki, ale także i realizmu do tego sposobu postrzegania sytuacji za naszą wschodnia granicą? Gdy o realizmie mowa, to może warto przytoczyć fragment wywiadu, jakiego udzielił Wiktor Juszczenko mediom, w którym ten pragmatyczny polityk, świadom bardzo ścisłych związków obu gospodarek i ich ciążenia ku integracji z UE powiedział (za: ITAR-TASS i RIA „Novosti, 24.12.2004r.): „ Ja dziesiątki razy powtarzałem, że Rosja – to wieczny strategiczny (wytł.: Autor). partner Ukrainy” Również stosunek przeważającej części ukraińskiego społeczeństwa do „Wielkiego Brata” nie jest – jak niekiedy się to w naszych mediach przedstawia – bynajmniej wrogi. Entuzjastyczne przyjęcie przez zgromadzony na kijowskim Majdanie lud ukraiński ultraliberalnej forpoczty rosyjskiego kapitału w osobach Borysa Niemcowa i Anatolija Czubajsa, którzy przybyli na inauguracje prezydentury Wiktora Juszczenki nie sposób zignorować. Wszystko to daje dość jasny obraz czym są dla siebie - i będą w przyszłości - te dwa kraje. Czy zatem rosyjskie „niet” (i w praktycznym wyrazie ukraińska spolegliwość w tym względzie) dla jakichkolwiek prób, tym bardziej zewnętrznych, naruszenia głębi obecnych związków i wzajemnych zależności pomiędzy Kijowem i Moskwą nie staje się bardziej zrozumiałe i nieuchronne? Teraz i zawsze(?) do usług Niezachwiana gotowość polskich polityków do wspomagania Ukrainy w każdym niemal aspekcie jej zachowań gospodarczych i politycznych, u której podstaw leżą niektóre cele polskiej polityki wschodniej sformułowane zaraz po 1989 roku jest dla mnie zrozumiała, ale nie do zaakceptowania. Zrozumiała, bowiem owe cele, głównie z powodów kulturowych i politycznych, zachowały się prawie w niezmienionej do dziś postaci i nadal mają moc sprawczą. Mam tu przede wszystkim na myśli widoczne w nich prób uczynienia z Polski regionalnego lidera oraz realizatora geopolitycznych koncepcji amerykańskich politologów, w tym zwłaszcza pochodzących z tzw. „szkoły” Zbigniewa Brzezińskiego. Aczkolwiek te ostatnie, stawiają nas w mocno dziwacznej pozycji - ni to suwerena, ni to blotki w rozgrywce Stanów Zjednoczonych na eurazjatyckiej arenie, na której Ukraina jest jednym z kluczowych elementów układanki. Owa polska adoracja dla amerykańskich koncepcji ma u nas swoje niezwykle silne historyczne umocowania. Wielowiekowe zmagania się polskich i rosyjskich żywiołów odcisnęły swe niezatarte piętno na naszej świadomości, kulturze i polityce. Nie dziw zatem, że tak trudno jest Polakom oprzeć się pokusie osłabienia potęgi wschodniego sąsiada i podjęcia próby spojrzenia w sposób racjonalny na stosunki z Rosją. Wymagałoby to także pokonania panujących stereotypów i uprzedzeń. Nie pomaga nam w tym też i sama Rosja zachowując się niekiedy tak, jakby w ostatnim ćwierćwieczu nic się na świecie i Europie nie zmieniło. Nie do zaakceptowania zaś jest dla mnie ta nasza nieustanna gotowość, bowiem przynosi Polsce więcej szkody niż pożytku. By przekonać się, że tak może być w istocie, warto spojrzeć na ten problem z punktu widzenia celów polskiej polityki wschodniej. Tyle tylko, że – jak twierdzi bardzo wielu polityków, zwłaszcza opozycyjnych – takiej polityki rzekomo nie ma. Jestem tu akurat odmiennego zdania. Ona jest, tyle że błędna. Jedną ze spraw fundamentalnych jest tu kwestia rangi polsko-ukraińskiego partnerstwa: należy uznać Ukrainę za naszego partnera strategicznego, czy też nie?. Od dawna głoszę tezę, że Ukraina nie była, nie jest (i trudno powiedzieć jak długo nie będzie) takim partnerem. Mam pełną świadomość, że mój pogląd w tej sprawie jest mocno odosobniony i posuwam się tu pod prąd oficjalnej polityki oraz na przekór medialnym guru. Cóż, nic na to nie poradzę, że odmienianie na wszelkie sposoby przez polskich polityków i publicystów terminu „partner strategiczny” w odniesieniu do Ukrainy, bardziej przypomina mi wiarę w magiczne zaklęcia niż przekonanie o rzeczywistym istnieniu takiego rodzaju partnerstwa. Bo jakież to może być partnerstwo strategiczne skoro obie gospodarki łączy nadal tak niewiele, mentalne okopy pomiędzy Ukraińcami i Polakami nadal jeszcze głębokie a garnitur kadr dyplomatycznych w Kijowie w postaci znaczących „figur politycznych”, zawsze nadających określoną rangę wzajemnym stosunkom ( jak np. w przypadku Rosji, którą reprezentuje tam były premier W. Czernomyrdin),całkiem drugorzędny? Przy czym polska obecność, zwłaszcza w Kijowie, po II turze wyborów prezydenckich aż tak mocno nie przeorała antypolskich stereotypów na zachodniej Ukrainie jak się wielu wydaje. No, może za wyjątkiem pewnej grupy młodszego pokolenia Ukraińców. A co stało się z dotychczasową tradycyjną sympatią dla Polski i Polaków, jaka cechowała mieszkańców wschodnich obszarów Ukrainy? Na bilans zysków i strat w tej mierze nie powinniśmy długo czekać. Także rezultaty częstych wizyt prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego na Ukrainie moją tezę czynią jeszcze bardziej prawdopodobną, bowiem w ślad za nimi niezwykle rzadko pojawiały się realne i poważne polsko-ukraińskie projekty. Zwłaszcza gospodarcze. Potwierdzeniem tego niech będą chociażby losy przesławnego projektu rurociągu Odessa – Brody – Gdańsk. Przy czym – raczej dla wygody politycznej – głównego „winowajcę” niepowodzenia upatruje się tu w Rosji. Zadajmy sobie pytanie, czy, i w jakim stopniu współpraca z Kijowem przybliża nas do realizacji naszych istotnych celów narodowych?. Czy obecność i miejsce Polski w Unii Europejskiej, rozwój gospodarczy, bezpieczeństwo zewnętrzne oraz edukacyjne wyzwania mogą stanowić nasze wspólne pole działania? Moim zdaniem jeśli nawet tak się stanie, to tylko w śladowym stopniu. Przy czy bezrefleksyjne wspieranie interesów Ukrainy w kontaktach z UE wcale nie musi wzmacniać tam, i na międzynarodowej arenie, naszej pozycji. Tym bardziej, że są kraje ( niekoniecznie tylko za naszą wschodnią granicą), które każde nasze potknięcie na tej płaszczyźnie skwapliwie wykorzystują. Nie można pomijać również faktu, że w ewidentne i przyspieszone dryfowanie Ukrainy w stronę Rosji, które ma przecież swoje głębokie uzasadnienie gospodarcze, finansowe i kulturowe, wplata się nieustannie rywalizacja o wpływy na tym terenie pomiędzy Rosją i Zachodem, w tym zwłaszcza Stanami Zjednoczonymi. W tej sytuacji, jedynym racjonalnym wariantem naszej polityki wschodniej w odniesieniu do Ukrainy jest traktowanie tego kraju jako ważnego partnera gospodarczego i politycznego ze świadomością, że realnie ( jakby to brutalnie nie brzmiało) znajduje się on w orbicie zainteresowania i zazdrosnych wpływów Rosji. Najlepiej oczywiście - Rosji przyjaznej Polsce. W tym ujęciu ścieżka, po której podążać powinna polska polityka i dyplomacja powinna być inna niż dotychczas. Zbyt wielkim optymistą tu nie jestem. Niezależnie bowiem od oporów, nazwijmy je umownie „fundamentalnymi”, da się zaobserwować inne, kto wie czy nie bardziej groźne zjawisko - zwyczajnej prywaty politycznej. Między innymi chodzi o to, że dla pewnej kategorii polskich polityków Ukraina jest bardziej polem gestów politycznych na użytek nieodległej batalii o polską prezydenturę i sukces w wyborach do Sejmu, niż przepojonych troską o polskie interesy i rzeczywiste demokratyczne przemiany na Ukrainie zamiarów. Jakże śmiesznie, żeby nie powiedzieć tragicznie, pobrzmiewają słowa pewnego tuza Platformy Obywatelskiej i byłego ministra obrony w rządzie Jerzego Buzka (TVP3, „Echa dnia”, 06.01.2005r.), który rezultaty polskiej aktywności na Ukrainie sprowadził do radosnego psikusa jaki udało się oto Polakom zrobić Rosjii!! Farsa? Nie tylko. Bo, czyż po nieuniknionym w takim przypadku chłodzie w stosunkach polsko-rosyjskich , otrzymamy od kogoś całusy podziękowania? Jeśli już, to co najwyżej protekcjonalne poklepywanie po plecach i - „good boys”. A Ukraińcy? Dla nich współpraca z Rosją jest obecnie „być albo nie być” nowej państwowości i ekipie Juszczenki. Pomoc Polski w zdobyciu większej gospodarczej i finansowej spolegliwości Unii Europejskiej? Czemu nie! Niestety, jak bumerang powraca tu pytanie o bilans polskich korzyści wynikających z tak szlachetnej postawy. Również stosunek prezydenta Aleksandra Kwasniewskiego do „problemu ukraińskiego” jest dla mnie nieco zagadkowy. Jego niezwykłe przywiązanie do pewnych pomysłów politycznych i skala zaangażowania się w ich realizację maja niekiedy aż nadto subiektywny charakter. Ponadto, ta cała nadzwyczajna polska aktywność i zaangażowanie w sprawy ukraińskich wyborów prezydenckich upewnia mnie w przekonaniu, że sytuacja jak wytworzyła się po stwierdzeniu fałszerstw wyborczych i – rosnącym w ich wyniku – wzburzeniu społecznym, to prawdziwy „podarunek losu”, który pragnie się w Polsce gorączkowo zdyskontować, bowiem dotychczasowa polityka wschodnia niewiele była warta, a rezultaty wątpliwe. Powracając do zasadniczego pytania o to, jaki będzie ostateczny rezultat wrzenia w ukraińskim kotle skłonny jestem sądzić, że nic szczególnego, ani groźnego się nie wydarzy. Przede wszystkim dlatego, iż nie zachodzi niebezpieczeństwo zachwiania podstawami ustrojowymi państwa, a co za tym idzie z zagrożeniem istotnych interesów ekonomicznych i politycznych panującego establishmentu, którego integralną częścią są ukraińskie elity polityczne i biznesowe. Po drugie, żaden z aktorów spektaklu, w tym zwłaszcza zagranicznych, nie jest obecnie zainteresowany w destabilizacji panującego układu. A jeśli chodzi o Polskę, to jest tu ona (niestety) w gruncie rzeczy graczem przypadkowym i pomocniczym. Trudno też dociec, jakie swoje interesy narodowe - w przeciwieństwie do większości uczestników ukraińskich zdarzeń - przy okazji realizuje.


•  Europa tyłem do Ukrainy?  Autor: zibo1   25.11.2004 18:16
  •  Re: Europa tyłem do Ukrainy?  Autor: zgredek   22.03.2005 12:09
  •  Re: Europa tyłem do Ukrainy?  Autor: piotrek   28.11.2004 18:08
    •  To nie dyskutuj, bęcwale, nikt cie tu nie prosił  Autor: Zenon   28.11.2004 18:35
  •  Re: Europa tyłem do Ukrainy?  Autor: Zenon   25.11.2004 20:51

Krótko X